Nie lubię wielkich słów. Nigdy ich nie lubiłem. Jak słyszę „sztuczna inteligencja”, to zaraz widzę filmy o robotach, co zbuntowały się przeciwko ludziom. Ale życie – jak to życie – czasem zaskakuje. I z czegoś, co wydawało mi się odległe i obce, zrobiło się coś bliskiego i pomocnego. Nie, nie przesiaduję całymi dniami przy komputerze. Nie mam smartwatcha, nie podłączam lodówki do Wi-Fi. Ale raz, przez czysty przypadek, odpaliłem coś, co się nazywa ChatGPT. I od tamtej pory… trochę łatwiej mi ogarnąć zwykłe sprawy. Zaczęło się od jednej wiadomości Napisałem: „Co mogę dziś ugotować z ziemniaków i marchewki?” Nie minęło pięć sekund – i miałem przepis. Prosty, zrozumiały, taki, że nawet nie musiałem iść do sklepu. I pomyślałem: no dobrze, spróbujmy jeszcze raz. Potem zapytałem o coś innego: „Czy mógłbyś mi przypomnieć o wizycie u dentysty?” ChatGPT odpowiedział, że przypominać nie może (bo nie ma takiej funkcji), ale podpowiedział, jak to ustawić w kalendarzu. Zrobiłem to. Zadziałało...